KingQuad, jak sugeruje nazwa, to największy i najmocniejszy ATV w ofercie Suzuki. Postanowiliśmy w praktyce sprawdzić, czy rzeczywiście rządzi na bezdrożach.

Wygląda potężnie, ze swoim muskularnym nadwoziem i zintegrowa-nymi reflektorami - prawie jak mały samochód - tym bardziej, że przednie osłony wykonane z wytrzymałego tworzywa, przypominają normalną samochodową atrapę chłodnicy i zderzaki. Po zajęciu miejsca kierowcy można poczuć się jak na tronie: tak wygodnie jest na szerokiej kanapie, jak i bezpiecznie, ze względu na wielkość pojazdu. Dosiadając KingQuada można tylko utwierdzić się w przekonaniu, że żaden teren nie będzie dla niego za trudny. Rzuca się od razu w oczy wielość różnych przycisków na kierownicy o początkowo zagadkowym zastosowaniu oraz dźwignia wyboru przełożenia -  bieg jałowy, wysoki, niski, wsteczny – po lewej stronie. Po prawej zaś pod zakręcaną pokrywą znaleźć można szczelny schowek na drobiazgi, których nie chciałoby się zamoczyć. Drugi schowek o prostokątnym kształcie umieszczono pod lewym tylnym błotnikiem. Można w nim schować na przykład linę, która mimo wszystko może się przydać. I tutaj uwaga praktyczna – w teren lepiej nie wybierać się w pojedynkę, nawet jeżeli się jedzie do lasu i ma się wyciągarkę. Z przodu i z tyłu nadwozia zamontowane są bagażniki ze stalowych rurek, na wypadek gdyby trzeba było na wyprawę zabrać większy ekwipunek.

Po uruchomieniu silnika od razu da się odczuć, że gdzieś między łydkami kierowcy pracuje potężny jednocylindrowy silnik o pojemności niemal 700 ccm. Wibracje jednak nie są takie duże, jak można by się spodziewać ze strony takiego gara - dzięki odpowiedniemu ukształtowaniu wału korbowego i dwóm wałkom wyrównoważającym w głowicy.

Trzymając hamulec nożny wrzucamy bieg, dodajemy gazu – KingQuad rusza z miejsca niczym sportowy motocykl. Trzeba o tej zrywności pamiętać w terenie, gdyż tam może okazać się niebezpieczna. W każdym razie mając świadomość, że mocy jest pod dostatkiem, ruszamy w rejony, gdzie trudno jest przejść nawet na piechotę.

Na miejsce testu wybraliśmy podwarszawskie tereny nadwiślańskie, gdzie spotkać można rozmaite formacje naturalne warte zwiedzenia, oraz oczywiście bobry. Tym bardziej, że dotrzeć tu i ówdzie można tylko na pojeździe typu ATV, gdyż inne mogły by mieć problem.

Już na trasie dojazdowej okazało się, że KingQuad jest zawieszony tak komfortowo, że dla kierowcy prawie niezauważalna staje się różnica między drogą asfaltową a gruntową. Ale przecież nie o jazdę o drogach w tym sporcie chodzi.

Zaczęliśmy więc od piachu. Ustaliliśmy, że na wszelki wypadek lepiej włączyć napęd na 4 koła. Wprawdzie pędzony tylko na tył też pojedzie, ale nigdy nie wiadomo, kiedy siła drobnych kryształków kwarcu pokona możliwości jednej osi. Biorąc pod uwagę pracę zawieszenia i pewną zdolność do skręcania poślizgami, wynikającą z dużej mocy, można powiedzieć, że Suzuki zachowywało się w warunkach plażowych jak motorówka. Czasem dosłownie, bo niewielkie miejscowe koncentracje wody pochodzenia rzecznego bądź opadowego pokonywało z gracją równą luksusowej łodzi. Większe zbiorniki wodne zresztą też nie stanowiły wyzwania, no może tylko dla kierowcy. Pod warunkiem zachowania niedużej prędkości, gdyż przy większej prowadzona przed quadem fala mogła by wniknąć częściowo do układu zasilania silnika w powietrze.

Potem przyszła pora na zawiesistą i mocno skondensowaną mieszaninę piasku, wody, mułu rzecznego i drobnych żyjątek, czyli popularne błoto. W zależności od konsystencji oraz proporcji poszczególnych składników wyróżniamy kilka jego typów, a najbardziej „wciągające” jest to o barwie czarnej i woni określanej przez ludzi jako nieprzyjemna. KingQuad ma na nie kilka broni, z których nie omieszkaliśmy skorzystać.

Pierwszą i podstawową jest wspomniany wyżej dołączany napęd przedniej osi, czyli w rezultacie uzyskiwany na wszystkie koła. Zamontowany z przodu układ różnicowy o ograniczonym tarciu nie jest tu bez znaczenia. Nawet kiedy jedno z przednich kół kręciło się w powietrzu, to i tak do drugiego dostarczana była część mocy.

W sytuacjach, kiedy i to okazało się za mało żeby wydostać się z opresji, zgodnie z instrukcją po całkowitym zatrzymaniu (no ale jak to opresja, to nie ma inaczej), można było włączyć blokadę przedniego mechanizmu różnicowego. Wtedy na oba przednie koła napęd rozdzielony jest jednakowo. W czasie normalnej jazdy blokadę lepiej wyłączyć, gdyż sprzęt trochę przestaje skręcać, a i mechanizmy dostają nieźle w kość.

Kiedy prowadzący wyprawę - wiadomo kto, oczywiście Król - zauważył ze zgrozą, że powierzchnia gruntu z centymetra na centymetr przybiera coraz bardziej klejącą postać, zastosował trzecie „koło ratunkowe”. I nie był to wcale telefon do przyjaciela, tylko (wprawdzie mało rozwojowa, ale nie było innego wyjścia) „cała wstecz”. Po ostrożnym zatrzymaniu i przekazaniu reszcie wyprawy, aby czmychnęła na boki, lider użył przycisku „override”. Znosi on ograniczenia mocy silnika na biegu wstecznym, które są ustawione w normalnych warunkach po prostu dla bezpieczeństwa - żeby nie skoczyć gwałtownie do tyłu niczym młody rumak - oraz odłącza blokadę mechanizmu różnicowego. Wtedy tą samą drogą, którą wbił się w zasadzkę, udało mu się z niej równie skutecznie wycofać.

Napotkane później zarośla, krzaki i inne tego typu instalacje, KingQuad z niesamowitą lekkością przygotowywał na przejazd reszty grupy, uważając przy tym na ukryte niespodzianki takie jak kamienie wielkości telewizora, powalone drzewa, albo dziury czy rowy, dokładnie zamaskowane wybujałą roślinnością.

Napotkane pofałdowania terenu, a konkretnie dość strome, wyrobione przez przodków podjazdy i zjazdy, nie były żadną przeszkodą. Zdawało się, że Suzuki podjechałoby pod pionową ścianę - z taką gracją wspinało się na wszystkie górki. To samo w drugą stronę: możliwe do zastosowania hamowanie silnikiem, czy to na reduktorze czy bez niego, dawało pewność, że koła nagle się nie zablokują i kierowca z pojazdem nie zamienią się gwałtownie miejscami, nawet kilka razy pod rząd.

Choć najcięższy z całego towarzystwa, to dzięki swojej dużej mocy KingQuad okazał się bardzo skoczny. Na małych poprzecznych garbach z piasku potrafił wybić się i przelecieć 2-3 metry w powietrzu, z dodania gazu przy wybiciu. Tyle skoki, ale warto wspomnieć też jazdę na dwóch kołach, ale bocznych. Owszem, największy ATV Suzuki jest dość ciężki i w miarę szeroki, co wydawałoby się wpływać pozytywnie na stabilność. Jednak przekonaliśmy się, że wysoko umieszczone siedzenie, podnoszące środek ciężkości oraz stosunkowo wąskie opony sprawiają, że odbyć krótką wycieczkę na burcie jest w miarę łatwo i trzeba brać pod uwagę taką ewentualność pokonując szybciej zakręty. W pewnym momencie nie pomaga fachowe zwieszenie się na nodze do środka zakrętu.

Pomimo wszystko były sytuacje, w których przydałaby się wyciągarka, do montażu której KingQuad jest przystosowany. Z jej braku pozostawało liczyć na kolegów i liny. Cóż, są miejsca, gdzie Król bez swojej armii nic nie zdziała.

Za pomoc w realizacji testu dziękujemy firmie

STEO Sp. z o.o. w Łomiankach, ul. Konarskiego 50

www.steo.com.pl, która dostarczyła nam ubiory i akcesoria.

 
 Podstawowe dane techniczne:
 
 Silnik
benzynowy
 układ, typ
1-cyl., 4-suwowy
 chłodzenie cieczą
 pojemność
695 cm3
 moc maksymalna / obr/min
36 kW (49 KM) / 6000
 moment obrotowy / obr/min

62,2 Nm / 5000

 napęd 2x2, 4x4H, 4x4L
 Skrzynia biegów

bezstopniowa CVT z reduktorem

 przeniesienie napędu wał kardana, blokada przedniego mechanizmu różnicowego
 Zawieszenie przód
niezależne, podwójne wahacze
 zawieszenie tył
niezależne, podwójne wahacze
 Hamulce przód / tył tarczowe / tarczowe
 Opony przód AT 36x8-12"
 opony tył AT 25x10-12"
 prędkość maksymalna ok. 120 km/h
 Wymiary i masy  
 dług. / szer. / wys. (mm) 2115 / 1210 / 1220
 rozstaw osi (mm)
1280
 masa własna / ładowność (kg) 273 / -
 udźwig bagażnika przód / tył (kg) 30 / 60
 pojemność zbiornika paliwa (l) 17,5
 Cena

45.300,00 zł