Podróż sentymentalna

Arcus Classic Rally 2005 - część 2

Michał Nejbauer, fot. autor, Renata Sobczak

[część 1 >>>]

Wełniany battledress łatwo przepuszcza podmuchy powietrza, omiatającego otwarte wnętrze Willysa. Ale na każdym postoju słońce grzeje i robi się ciepło, zbyt ciepło. Na szczęście to jest rajd, więc gnamy przed siebie Puszczą Bolimowską. Mijamy wioski, wyglądające na opustoszałe, czasem tylko przed domami siedzą mieszkańcy i z zaciekawieniem, ale tylko na chwilę, podnoszą wzrok na unikatową kolumnę zabytkowych samochodów.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

- Panie pułkowniku, odnoszę wrażenie, że jesteśmy na terenie Niemiec. - zwracam się do Hipolita Rokickiego, spokojnie i pewnie prowadzącego Willysa. Widząc jego zdziwioną minę natychmiast dodaję - Bo mieszkańcy nie witają nas kwiatami.

Pułkownik śmieje się i wspomina swój wyjazd wraz z Willys-Jeep Club Polska (którego jest zresztą wiceprezydentem) do czeskiej Pragi w maju tego roku, z okazji 60 rocznicy wyzwolenia miasta spod niemieckiej okupacji. Opowiada o dwóch kolumnach 230 pojazdów wojskowych z okresu wojny, kołowych i gąsienicowych, podążających szosami i ulicami miast. O szpalerach ludzi, wiwatujących wzdłuż trasy przejazdu, a dzięki temu budujących ten specyficzny klimat z 1945 roku. Razem zastanawiamy się, czy i kiedy w Polsce widzowie będą tak zainteresowani historią. Przy okazji dowiaduję się, że Willys dotarł do Czech na własnych kołach, podobnie jak lata wcześniej do Normandii, bo samochód ma jeździć, a nie gnuśnieć w garażu czy na lawecie.

- Tak, dziadku, dotarliśmy! - woła płk. Rokicki w małej wsi do starszego mieszkańca, który na widok alianckiego Jeepa z żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie aż wychodzi na drogę. - Spóźniliśmy się sześćdziesiąt lat, ale wreszcie jesteśmy!

Docieramy do pałacu Radziwiłłów w Nieborowie. Chwila odpoczynku i sesja zdjęciowa każdej z załóg wraz z samochodem, na tle pałacu z końca XVII wieku:

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

Austro-Daimler A.D.R. 1927 r.

BMW Dixi z 1929 roku

Fiat 518 z 1933 roku

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

Willys MB Jeep z 1943 roku

Austin z 1955 roku

Ford Thunderbird z 1960 roku

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

Cadillac Sedan de Ville 1960 r.

Warszawa M20 z 1963 roku

Mercedes W113 230 SL 1964

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak

Cadillac de Ville z 1969 roku

Fiat Spider z 1981 roku

Klasa robotnicza pozuje imperialistycznym turystom

Wizyta w nieborowskim pałacu nie kończy się jednak na podziwianiu architektury, parku i zabytkowych pojazdów. Czas na kolejną próbę sportową, czyli przejazd krótką trasą wytyczoną gumowymi pachołkami. Niby nic wielkiego, ale kierowca musi ją pokonać bez zmysłu wzroku, z kapturem na głowie. Jako pierwszy startuje Apolinary Bartnicki Austro-Daimlerem A.D.R. i przejeżdża bezkolizyjnie 5 słupków. BMW Dixi mija bezbłędnie wszystkie 8 słupków, ale pojawiają się głosy, że w prowadzeniu po omacku pomagał pilot, delikatnymi szturchańcami. Również Fiat 518 pokonuje trasę bezbłędnie, zamknięta kabina skutecznie osłania podpowiedzi pilota.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer

Armia jest honorowa, więc nie podpowiadam w żaden sposób płk. Rokickiemu, który Willysem taranuje 6 słupek. Zaraz po nim rusza Austin, ale przejazd kończy już na 5 słupku. Identyczny wynik osiąga Mecedes 230 SL, którego pilot trzyma obie ręce w górze na dowód, że nie pomaga kierowcy.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Kolejny jest Cadillac Sedan de Ville i wynik 8 słupków, czyli przejazd czysty, ale natychmiast pojawiają się podejrzenia o podpowiedzi. Tak samo bezbłędnie trasę pokonuje Warszawa M20 i takie same podejrzenia. Zaś "Szaya" zatrzymuje swojego Cadillaca de Ville na ostatnim słupku, tak niewiele brakowało.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Próbę zamyka sam komandor rajdu, Tomasz Skrzeliński, prowadząc bezwzrokowo Forda Thunderbirda, ale na własnoręcznie ustawionej trasie osiąga najgorszy wynik: tylko 3 słupki. Na domiar złego Thunderbird odmawia współpracy, a ściślej jego akumulator o nazwie "Die Hard"... Imperialistyczną maszynę ratuje socjalistyczna myśl techniczna, życiodajnego dla Forda prądu pożycza poczciwa Warszawa.

fot. Renata Sobczak

fot. Michał Nejbauer

fot. Michał Nejbauer

Jedni odpoczywają, inni ratują Forda Thunderbirda...

"A taki był piękny, amerykanski!" socjalizm wygrywa z kapitalizmem

Wielce interesująca jest nazwa akumulatora...

Po wskrzeszeniu akumulatora Thunderbirda opuszczamy piękny Nieborów, kierując się w stronę Łowicza. Do miasta, a dokładniej na rynek, wjeżdżamy wzbudzając duże zainteresowanie mieszkańców i lokalnych mediów. Nic dziwnego, widok tylu starych samochodów, sprawnych, zadbanych i jeżdżących, nie jest przecież codziennością. Ustawiamy samochody w szeregu i pozwalamy widzom napatrzeć się na te piękne zabytki motoryzacji, jakże przecież odmienne od współczesnych środków transportu indywidualnego.

fot. Michał Nejbauer fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Nasze pojazdy i załogi mają jednak tylko chwilę odpoczynku, bo zaczyna się kolejna próba sportowa, tzw. gymkhana, przypominająca jak bawili się przedwojenni entuzjaści motoryzacji. Próba polega na przejechaniu odcinka kilkudziesięciu metrów jak najszybciej, ale z pewnym utrudnieniem. Otóż pilot musi w trakcie przejazdu utrzymać na drewnianej łyżce dużą piłkę, tak by nie spadła aż do chwili zatrzymania samochodu - to taki pierwowzór dzisiejszej próby Stewarta. Jako pierwszy startuje sam komandor rajdu, by udowodnić wszystkim, że nie jest to takie trudne.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer fot. Renata Sobczak

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Gymkhanę wygrywa Cadillac de Ville rocznik 1969 z Krzysztofem "Szayą" Szaykowskim za kierownicą i Mariuszem Bednarskim z łyżką i piłką. Próba najbardziej wyczerpującą okazała się dla Tomasza Skrzelińskiego, który asystował przy każdym przejeździe biegnąc obok samochodu.

Czas jednak na kolejne pożegnanie i wyruszamy z Łowicza w stronę trasy poznańskiej. Wjazd na tę szosę jest jednak trochę utrudniony z powodu sporego natężenia ruchu. Nasza załoga, jako jedyna umundurowana, musi trochę pomóc, więc pułkownik Rokicki bezstresowo wjeżdża na środek skrzyżowania, a ja wstaję w Willysie i zatrzymuję ruch. O dziwo kierowcy pojazdów, pędzących w stronę Poznania i Warszawy, zatrzymują się życzliwie bez protestów i cała kolumna naszego rajdu bezpiecznie wjeżdża na szosę w kierunku Wielkopolski.

Sześć i pół kilometra dalej, omijając zaporę z barierki na kółkach i butelek, ograniczającą ruch na remontowanym odcinku drogi, zbaczamy z szosy na nieduży parking, by obejrzeć inny zabytek, nieruchomy, ale ściśle związany z historią motoryzacji. Na rzece Słudwi postawiono tu w 1928 roku most zaprojektowany przez prof. Stefana Bryłę, pierwszy w Europie drogowy most konstrukcji stalowej spawanej. Warto tu zatrzymać się i przekonać, że kiedyś potrafiliśmy być awangardą europejskiej inżynierii...

fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer fot. Michał Nejbauer

Wracamy na trasę poznańską, ale tylko na chwilę, by po kilometrze zjechać na polną drogę, która prowadzi nas do skansenu wsi łowickiej. Większość uczestników odpoczywa od jazdy, zwiedzając drewniane chaty kryte strzechą, takąż szkołę i wiatrak, niektórzy jednak dostrzegają wiatę krytą eternitem, skrywającą przed deszczem cztery konne wozy strażackie i dwie pompy. Obok, pod chmurką, parkuje pożarnicza enerdowska IFA, ale pod wiatą, zupełnie z boku, samotnie, stoi jeszcze strażacki Star 25, kompletny, w bardzo przyzwoitym stanie, nie udało mi się jednak uzyskać informacji, czy jest jeszcze na chodzie.

fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer fot. Michał Nejbauer

fot. Michał Nejbauer fot. Michał Nejbauer fot. Michał Nejbauer

I to miejsce wkrótce opuszczamy, w promieniach chylącego się ku horyzontowi słońca. Wracamy na szosę poznańską, mijając kolumnę TIR-ów, oczekujących na przejazd remontowanym odcinkiem drogi międzynarodowej E30.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Jako że jest sobotnie popołudnie, skręcamy z głównej drogi w kierunku miejscowości Sobota, przejeżdżając po drodze przez pomniejsze miejscowości, jednocześnie ubarwiając choć na chwilę codzienną monotonię życia ich mieszkańców. Sobotę mijamy, choć sobota jeszcze się nie skończyła, i docieramy do finału dzisiejszego rajdu. Wielki podjazd pałacu w Walewicach bez problemu mieści wszystkie nasze pojazdy, a szczególnie pasuje tu Austro-Daimler A.D.R. Apolinarego Bartnickiego.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Michał Nejbauer

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Dzień dobiega końca, zapada już zmierzch, ale to jeszcze nie koniec naszego rajdu. Po zakwaterowaniu w pałacowych pokojach, mamy chwilę oddechu na zwiedzanie pałacu i parku, przy okazji trafiamy na młodą parę w trakcie sesji zdjęć ślubnych. Na nasz widok, a ściślej na widok naszych samochodów, nowożeńcy chcą mieć zdjęcia przy zabytkowych maszynach. Sprzeciwu brak, więc młodzi wykorzystują okazję i robią sobie zdjęcia z każdym chyba samochodem.

Gdy robi się już zupełnie ciemno, wszyscy schodzimy do piwnic na wystawną kolację, wieńczącą rajdowe wysiłki. W trakcie towarzyskich pogawędek, komandor rajdu Tomasz Skrzeliński wraz z Jurkiem Zawistowskim udają się na naradę i podliczenie punktacji, wszak pozostało jeszcze ogłosić wyniki gentlemańskiej rywalizacji.

fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak fot. Renata Sobczak

Tak też się stało. Choć tak naprawdę nie chodziło tu o wygraną, lecz o dobrą zabawę w weterańskim stylu, z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że rajd wygrała załoga BMW Dixi przed ex aequo Austro-Daimlerem A.D.R. i Fiatem 518. Po uroczystym wręczeniu pucharów rozpoczęła się część nieoficjalna, o której powiem tylko tyle, że... panowała miła i przyjacielska atmosfera. Miodu i wina nie piłem, obowiązki kazały wracać do Warszawy, gdzie następnego ranka ruszyłem swoim samochodem w paradzie wystawy Samochody Terenowe Wczoraj i Dziś

Tak zakończył się rajd Arcus Classic Rally 2005, po przejechaniu w sumie 136 kilometrów trasy po zachodniej części Mazowsza. Pozostały miłe wspomnienia i oczekiwanie na kolejną taką imprezę. Bo czyż nie jest godne pochwały trwanie zapaleńców w utrzymywaniu stanu użytkowego samochodów, których lata świetności dawno minęły, by powrócić ku uciesze zarówno ich właścicieli, jak i postronnych widzów. Mówią, że naród bez historii przestaje istnieć, a przecież motoryzacja nie od razu rodziła pojazdy naszpikowane elektroniką i systemami bezpieczeństwa. Należą się więc wyrazy wielkiego uznania i szacunku dla wszystkich osób, które nie szczędzą wysiłku, czasu, pieniędzy i nerwów dla ratowania zabytkowych pojazdów przed zapomnieniem, a robią to nierzadko wbrew różnym instytucjom, budżetom domowym, a czasem nawet własnym rodzinom.