Legendarna ROUTE US-66 cz.2

    Wypadek jest poważny - auto koziołkowało wraz z kierowcą, a pilota uderzenie wyrzuciło z fotela.
    Komandor rajdu i polskie załogi na szybszych samochodach jadą do szpitala. Okazuje się że sprawcą wypadku był amerykański kierowca który przysnął za kółkiem i od tyłu uderzył w BMW. Obrażenia naszych kolegów są dość poważna, ale po 3 godzinach spędzonych w szpitalu i założeniu kilkunastu szwów mogą być wypisani. Uratowało ich bardzo grube ubranie które tego dnia założyli wyjeżdżając tak wcześnie na trasę.

    Tu wypada opisać jak zadziałał system ubezpieczenia kierowców w USA.
    Ponieważ ewidentnym sprawcą wypadku był prawidłowo ubezpieczony amerykański kierowca - z jego polisy i bez dyskusji pokryte zostały wszelkie szkody poniesione przez załogę BMW-DIXI. A było tego sporo: same koszty pobytu w szpitalu oceniono na 1500 $. Polskiej załodze zwiedzającej USA na dalszą podróż zaproponowano zwrot kosztów hoteli i wynajęcia współczesnego samochodu. Policja oceniła, że BMW nie nadaje się do odbudowy - więc ubezpieczyciel bez dyskusji wypłaca całą wartość samochodu. Pokryte są straty w bagażu (uszkodzona kamera i aparaty fotograficzne). Z mniej poszkodowanym pilotem została zawarta ugoda, że po zainkasowaniu okrągłej sumy nie będzie już narzekał. Staś Tabisz mocniej oberwał w wypadku, więc jego stan zdrowia będzie oceniony na końcu podróży, a ostateczne decyzje o pełnym odszkodowaniu zapadną po rocznej obserwacji. Teraz otrzyma tylko pokaźną zaliczkę.
    Wszelkie wypłaty mogą nastąpić natychmiast - proszę tylko podać numer konta.
    I tu zaczęły się drobne kłopoty, bo po pierwsze nikt z Polaków nie miał bankowego konta w USA, a po drugie codzienna podróż uniemożliwiała zakończenie niezbędnych formalności. Odebranie odszkodowania udało się dopiero na końcu rajdu w Los Angeles.
    Po dwóch dniach od wypadku, gdy rajd przez Kansas dojechał do Tulsy w Oklahomie, Staś i jego pilot byli znowu z nami.

    Następnego dnia dojeżdżamy do Anadarko - miejsca szczególnego dla Indian. To stolica większości szczepów indiańskich z terenu całego USA. Dla białego człowieka otwarta dopiero 6 sierpnia 1901 roku, a wsławiona dzielną obroną w 1874 roku.
    Jako przedstawiciele wielu krajów europejskich jesteśmy tu witani szczególnie serdecznie i porównywani do wielu szczepów indiańskich współżyjących dziś zgodnie na terenie Ameryki.
    Spotkanie w stolicy Indian nie mogło się obyć bez tradycyjnych tańców. A więc na początku był powolny taniec bawołu, potem nieco szybsze pląsy - to taniec węża, a na końcu bardzo szybki, bo wpadający w trans taniec wody ognistej.
    Z żoną czarownika tańczył nawet obandażowany Staś, który jako blada twarz w cylindrze i z siwą brodą wzbudzał wśród Indian szczególny szacunek. W intencji szybkiego wyzdrowienia otrzymał od czarownika specjalny talizman - orle pióro do swojego cylindra.
    Od Wielkiego Wodza Indian każda krajowa reprezentacja otrzymała tradycyjną flagę Oklahomy. Polacy zrewanżowali mu się wręczeniem proporczyka i przypięciem znaczka Automobilklubu Polski.

    Kolejne kilkaset kilometrów w ciągu następnego dnia i jesteśmy w Texasie. Wzorem dawnych osadników rozbijamy obozowisko nad jeziorem na niewielkim campingu. Takie przynajmniej było zamierzenie komandora rajdu gdy opracowywał trasę. Tymczasem okazało się że na prawie 300 osób jest na campingu tylko jeden kran z bieżącą wodą, a jezioro wyschło. Na szczęście prawie każda załoga ma ze sobą zapas wody (do chłodnicy). Jest natomiast teksaska orkiestra i grupa traperów ze sprzętem i starymi wozami, a z nimi całkiem smaczne teksaskie jadło.
    Szybko nawiązujemy nowe znajomości, a jeden z miejscowych farmerów koniecznie chce zamienić swoje nowe kowbojskie buty na poszarpane adidasy pilota z BMW, bo są to chyba szczęśliwe kapcie jeżeli ich właściciel wyszedł w nich cało z ciężkiego wypadku.

    Kolejnego, trzynastego dnia rajdu wjeżdżamy do Nowego Meksyku. Tu jadę najgorszymi szutrowymi odcinkami ROUTE-66, tak złymi, że nawet serwisowe wozy, które są zobowiązane jako ostatnie jechać według oficjalnej trasy, tym razem wybierają inną utwardzoną drogę. Jest to lekko irytujące, gdyż możemy zostać bez pomocy.
    Szczęśliwie dojeżdżamy do Tucumcari, gdzie z okazji wizyty międzynarodowego rajdu, szkolne drużyny amerykańskiego futbolu dają pokaz swoich umiejętności. Szczerze mówiąc niewiele rozumiemy z zasad tej gry i bardziej nas interesują popisy dziewcząt barwnie dopingujących swoich zawodników.

    Następnego dnia przejeżdżamy prawie cały Nowy Meksyk. Dzisiejszy program jest bardzo napięty. Rano trochę odjeżdżamy od głównego szlaku, by odwiedzić Puerto de Luna - miejsce gdzie przebywał słynny awanturnik z Dzikiego Zachodu - Billy Kid. Na jego pamiątkę corocznie odbywa się tu małe przestawienie z ogromną strzelaniną. Po południu itinerer prowadzi do stolicy Nowego Meksyku - Santa Fe. Ale uwaga: droga jest bardzo górzysta, więc słabsze auta mogą jechać bezpośrednio na metę do Albuquerque. Korzystam z tego zezwolenia i po raz pierwszy na tym rajdzie mogę nieco w ciągu dnia odpocząć, a właściwie w dniu 2 października przygotować swoje urodzinowe przyjęcie.
    Corocznie w Albaquerque odbywa się największe na świecie spotkanie balonów na gorące powietrze. Tak jest i teraz, a my mamy szansę to zobaczyć jak około 600 statków powietrznych najbardziej wyszukanych kształtów unosi się do góry. Niezapomniany widok, choć dziś brakuje wiatru, a balony po godzinie opadają praktycznie na to samo miejsce.
    Koledzy z szybkimi samochodami zostają jeszcze do zmroku, bo wtedy balony uniosą się jeszcze raz, a używając świecących palników będą przypominały kolorowe lampiony na tle ciemnego nieba.

    Dzień kończymy w Gallup - mieście Indian Hopi. Tu jednak w czasie wjazdu na camping zdarzył się kolejny ciężki wypadek. Jadąc bowiem na Zachód, codziennie wieczorem jesteśmy oślepiani słońcem, a nasze autka są zdecydowanie mniejsze niż samochody czy ciężarówki amerykańskie.
    Jadący też pod słońce meksykański kierowca nie zauważył szykującego się do lewego skrętu samochodu kolegów z Holandii i praktycznie przejechał po ich DKW. Prawdopodobnie nie miał ubezpieczenia więc uciekł. Poturbowana załoga gdy tylko zorientowała się w kosztach leczenia - wolała się możliwie szybko wycofać z rajdu i wracać do Amsterdamu.

    Szesnasty dzień to przejazd do Monument Valley. Już od dawna droga prowadzi po Wielkiej Wyżynie na poziomie około 2000 metrów n.p.m. ale teraz krajobraz wokół staje się bajecznie księżycowy. Czerwone skały i pagórki to dopiero, zwiastun parku narodowego i rezerwatu Indian Navajo. Moje autko dzielnie pokonuje kolejne wzniesienia, ale mimo dodatkowego, elektrycznego wentylatora coś za często muszę dolewać wodę do chłodnicy. Chyba coś złego dzieje się z silnikiem - więc jeszcze ostrożniej trzeba go używać.
    Parkujemy na uroczym obozowisku w wąwozie. Pomoc drogowa przywozi Triumpha Spitfire'a i Witka Tkacza, który melduje że zgubiło mu się sprzęgło.

    Następnego dnia kolumną aut jedziemy do rezerwatu leżącego na granicy czterech stanów: Colorado, Nowego Meksyku, Arizony i Utah. Ja zostawiam na campingu swoje IHLE pod opieką Witka, który wraz z zainteresowanym przygodnym Indianinem na zamiar naprawić swój wóz.
    Monument Valley to nieprawdopodobna dolina pełna naturalnych rzeźb wykonanych przez Naturę w ciągu wielu milionów lat. Krajobraz jedyny na świecie, czasami wykorzystywany jako sceneria kowbojskich filmów czy reklam papierosów Marlboro. Zwiedzamy go na terenowych pojazdach kierowanych przez Indian.
    W połowie wycieczki - postój pod skałą z otworem (Navajowie nazywają ją Oko Słońca) i poczęstunek indiańskimi przysmakami: placek kukurydziany i ostro przyprawiona fasola. Na koniec indiańskie tańce ale o znacznie innej wymowie niż w Anadarko.
    Wieczorem wracamy do obozowiska, gdzie Witek kończy konstruować tarczę sprzęgła. Cierpliwy Indianin ręczną wiertarką odzyskał mu nity ze starej tarczy, a ponieważ z oryginalnej zachował się jedynie wielowpust, więc teraz tylko trzeba go połączyć klejem do turbin z metalową tarczą, a na nią nanitować okładziny od... Fiata 126.
    Witek może jechać dalej, ale moje auto po 50 kilometrach odmawia posłuszeństwa. Mam całkowicie zatarte tłoki, ale i przezornie zabrany z Polski zapasowy silnik. Tego dnia jednak auto jedzie na lawecie, a załoga w serwisowym autobusie. Z tej sytuacji bardzo cieszy się mój pilot, bo właśnie nastąpiła oberwanie chmury i każdy by chciał jechać autobusem, a już na pewno nie kabrioletem. Dojeżdżamy do Flagstaff w Arizonie.

    Wieczorem, na kolacyjnym stole mamy trochę jedzenia i dużo części do przekładanego silnika. Prawie kończymy nocną robotę, ale następnego dnia czeka nas coś szczególnego: poznanie Wielkiego Kanionu. Zostawiam dokończenie remontu na później i luksusową Skodą S-100 jadę poznać ten fenomen.
    Po płaskowyżu Arizony płynęła sobie kiedyś rzeka. Ta rzeka przez miliony lat wycięła w skałach otwór o powierzchni Szwajcarii i głębokości prawie 2.000 metrów. Wielki Kanion rzeki Colorado jest rzeczywiście tak wielki, że opisywanie go nie ma większego sensu. Trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samolotu lub z kilku specjalnych miejsc widokowych. Wrażenia pozostaną na zawsze.

    Następnego dnia pojechaliśmy po inne wrażenia, tym razem do Las Vegas. Po drodze na granicy Arizony i Nevady jeszcze raz spotykamy rzekę Colorado, ale ujarzmioną ogromną tamą zbudowaną w latach 1931 - 1935. To największa inwestycja hydrologiczna, zapewniająca słodką wodę dla większości zachodnich stanów USA.
    Niestety, po drodze zapaliła się nasza Caravelle i nie nadaje się do dalszej jazdy.
    W dzień Las Vegas nie wygląda imponująco. Po zakwaterowaniu w jednym z hoteli (tu nie ma miejsc campingowych) zabrałem się za dokończenie remontu swojego silnika. Pamiętam gorący asfalt jeszcze długo po zachodzie słońca, na którym siedziałem przy samochodzie. Ale autko naprawiłem. Teraz mogłem się oddać hazardowi.
    Kasyna gry i najróżniejsze automaty z jednorękim bandytą na czele są tu czynne non-stop. Podobno nawet można coś wygrać, ale ja nie miałem takiego szczęścia. Natomiast nocne życie Las Vegas i miliony świateł - to wizytówka tego miasta zbudowanego na pustyni jako stolica hazardu USA.
    Ponieważ większość turystów przegrywa tu dużo pieniędzy, więc miejscowi inwestuje je w dalszy rozwój tego interesu. Budują najwymyślniejsze kasyna, hotele i restauracje, przy czym usiłują zaskoczyć konkurentów kolejnymi szalonymi pomysłami. Powstają więc budynki w kształcie egipskich piramid, pirackich statków, palący z 1001 nocy, rzymskich amfiteatrów itd, a otoczone palmowymi gajami, rzeźbami, sztucznymi wulkanami, wodospadami itp. Pamiętajmy jednak że rzecz się dzieje na pustyni, a każde drzewko musi być indywidualnie nawadniane.
    Niektórzy właściciele kasyn swoje krociowe zyski lokują w bardziej zrozumiałe mi szaleństwa: przez pół dnia zwiedzaliśmy jedną z największych na świecie kolekcję 600 automobili, w tym unikalny zbiór najdroższych aut: Dussenbergów.
    Tradycją w Las Vegas jest inne szaleństwo: ekspresowe śluby i rozwody. Z uczestników rajdu trzy pary poczuły "wolę bożą" i biorąc za świadków pozostałych rajdowców zawarły związek małżeński. Od polskiej reprezentacji każda para otrzymała proporczyk Automobilkibu na nową drogę życia.

    Po kilku dniach szaleństw - jedziemy dalej. Tym razem do Kingman w Arizonie, gdzie miejscowy klub fanów ROUTE-66 wita nas specjalną bramą rajdową, muzyką country i piknikiem przy starym parowozie niegdyś obsługującym linię kolejową Santa-Fe. Parowóz jest imponujący, a ja z trudem sięgam mu do wierzchołka jego kół napędowych. Nic dziwnego że teraz pociągi na górzystym szlaku Santa-Fe są czasem ciągnięte przez siedem sprzężonych lokomotyw spalinowych (sam liczyłem).

    Do końca trasy zostały jeszcze dwa dni. Odwiedzamy miasteczko Oatman, gdzie wszyscy żyją tak jak w czasach gorączki złota. Ulicami z drewnianymi chodnikami chodzą osobnicy z coltami, a część parkingów przed lokalami jest zarezerwowana dla wierzchowców.
    Przekraczamy ostatnią granicę stanów i po dość dokładnej kontroli (nie wolno przewozić niektórych produktów żywnościowych) wjeżdżamy do Kalifomi.
    Zanim zaparkujemy na ostatnim campingu w Barstow, odwiedzamy wymarłe miasto poszukiwaczy srebra - Calico. Na zboczu góry pozostało miasto duchów, które w latach 1881-1896 liczyło ponad 2500 ludzi. Ale pokłady srebra się wyczerpały i wszyscy go opuścili. Teraz jest atrakcją turystyczną,

    Ostatni dzień jazdy to w pierwszej części długie zjazdy z surowych gór Sierra Nevada szosą z charakterystycznymi bocznicami pełnymi sypkiego piachu, w którym można bezpiecznie wyhamować jeżeli zawiodą inne sposoby. Potem już jazda wśród palmowych alei i powracającej cywilizacji. To już ostatnie odcinki historycznej drogi "66" prowadzące do Sama Monica, a właściwie północnej dzielnicy Los Angeles.
    Finał rajdu zorganizowano na molo, wchodzącym prawie 200 metrów w Pacyfik. Nie wszystkie pojazdy dojechały tu na czas, ale mojej IHLE udało się stanąć w szeregu z rozwiniętą polską flagą,

    Przejechaliśmy całą Amerykę szlakiem zdobywców Dzikiego Zachodu i wędrówek ludzi w czasach Wielkiego Kryzysu. Z 7 polskich załóg do mety dojechały 4 auta, a mój samochód jest wśród nich najstarszy.
    Teraz tylko należy ostrożnie przejechać całe Los Angeles, bo nasz hotel jest w części południowej. To trudne zadanie, bo korzystamy z wielopasmowych autostrady w najbardziej zagęszczonym ruchu ulicznym.

    Po odstawieniu aut na parking mamy chwilowo dosyć naszych weteranów szos. Zwiedzanie Los Angeles, a w tym wizyty w Hollywood i Dysneylandzie dokonujemy już wynajętym, współczesnym autem. Polska ekipa te kilka dni pobytu w mieście wykorzystuje na dokończenie rozliczeń po wypadku BMW-DIXI. Nie jest to łatwe, ale z pomocą przychodzą nam Polonusi, a wśród nich Roman Harte. To On kilka lat temu w imieniu znanej wytwórni filmowej przywiózł Lechowi Wałęsie bardzo dużą sumę dolarów. Teraz wspólnie jeździmy po miejscowych prawnikach aby przed wyjazdem wyegzekwować pełne odszkodowanie dla Stasia. Nasza działalność przynosi sukces, a zaowocuje długotrwałą przyjaźnią Za dwa lata Roman Harte przyjedzie do Polski by zostać pilotem Stanisława Tabisza na międzynarodowym Rajdzie Dookoła Polski.

    Nadchodzą chwile pożegnań: odstawiamy nasze auta do portu, by przez Kanał Panamski za dwa miesiące dopłynęły do Europy. Żegnamy Piotra który wraca Skodą do Kanady i załogę Majkowskich, którzy autobusem muszą dojechać do Chicago, bo tam mają LOT-owski bilet.
    Reszta, samolotem odlatuje do Amsterdamu, a potem już indywidualnie do domów.

    Zakończyła się wielka międzynarodowa przygoda członków klubu CAAR. Ale już mamy nowy pomysł: w 90 rocznicę wyczynu Księcia Borghese na trasie z Pekinu do Paryża zróbmy rajd na tej trasie naszymi pojazdami. Tu w Ameryce przejechaliśmy 6500 km, więc trasa dwa razy dłuższa też jest do pokonania.

    I w 1997 roku odbył się rajd CAAR-u z Paryża do Pekinu. Ale to już zupełnie inna historia...

Tomasz Skrzeliński
www.skrzelinski.com
Powrót na stronę główną